Pomysł na klubokawiarnie podróżniczą zrodził się w rozmowie dwojga szczęśliwych ludzi. Warto wspomnieć, że pomysł zakiełkował w niebagatelnym otoczeniu. Pojawił się w mojej rzeczywistości zupełnie nagle: pewnego gorącego dnia w Tajlandii, na przepięknej wyspie, w gorącej porze deszczowej, bez ani jednej kropli deszczu. Powstał w głowie dwojga ludzi leniwie wypoczywających
w hamakach, rozpiętym na tarasie niewielkiej drewnianej chatki na rajskiej plaży.

U – „Doris Ty powinnaś otworzyć kawiarnie”

D – „A haa…”

U- „Poważnie – taką… dla nurków, a może więcej – podróżniczą!”

D – „Hmmm…”

U – „Naprawdę pomyśl o tym.”

D – „Hmmm… heejjj… poczekaj chwile, miałam taki sen!”

Faktycznie śniłam jakby wycinek ze swojego przyszłego życia, w którym na koniec dnia zamykam kawiarnie, stojąc za wysokim, okazałym barem.

W tamtych okolicznościach życiowych pomysł otwarcia swojej kawiarni był tak szalony i niewyobrażalny.
Niemniej ta myśl wciąż mi towarzyszyła. Była podsycana powtarzającymi się pytaniami jak mantra – „Doris kiedy otworzysz swoją knajpkę?”. Te pytania wzbudzały we mnie niepokój, wyrzucały mnie ze strefy komfortu, którą tak niedawno uzyskałam, po wszystkich życiowych zakrętach.

Rok później, wracałam z kolejnej podroży do ciepłych krajów. Lot był przesiadkowy, na lotnisku w Amsterdamie weszłam do galerii Elephand Parade i wyszłam z białym słoniem i przyczepioną do niego myślą „to jest pierwsza ozdoba do mojej kawiarni”.
Słoń staną na półce, przypominając mi milcząco o tym, co trzeba zrobić i co jeszcze przede mną. Wciąż jednak był to plan bardzo daleki, choć prawie już przeniósł się z zbioru myśli „marzenia” do zbioru „do zrealizowania w dalekiej przyszłości”.

Życie biegło przed siebie, a ja w raz z nim, mając poczucie braku czegoś istotnego.

Po powrocie z kolejnego wyjazdu, nie mogąc spać z powodu przesunięcia czasu, sięgnęłam na półkę po film „Droga Życia”.
Wbrew zamierzeniom nie usnęłam przed telewizorem, ale spędziłam 2 godziny hipnotycznie wpatrzona w ekran.
Film opowiadał o wędrówce drogą Frances do Santiago de Compostella. Kiedy na ekranie pojawiły się napisy wiedziałam, że musze tam pojechać i przejść tą trasę. Uczucie przymusu wewnętrznego było tak silne, że już pół roku później byłam już w drodze.

Wyruszyłam sama do miejscowości Ronesvaless i stamtąd rozpoczęłam swoją wędrówkę do Santiago, a potem do Finistery. Stawiając swój pierwszy krok w Pirenejach ogarnęła mnie panika – zdałam sobie sprawę, że oto będę iść 900 km, sama, przez całą Hiszpanię, nie znając ani słowa po hiszpańsku. Już pierwszy dzień wędrówki rozwiał moje obawy.

Po drodze spotkałam wiele niesamowitych ludzi. Kiedy ja stawiałam pierwsze kroki jeden Francuz szedł już swój 8-sety kilometr. Wyruszył ze środka Francji i był w drodze już wiele dni. Ten oto chłopak powiedział mi coś, co zmieniło mój sposób postrzegania drogi Camino, a może nawet życia – drogi jaką wszyscy przebywamy. Narzucając szybkie tempo wspinania się pod górę powiedział, że Camino rządzi się swoimi prawami. Skracając jego monolog: pouczył mnie, że to tylko moja droga i przejdę ją tak,
jak będę chciała i nikt mnie za to nie oceni. „Tu tak po prostu jest. Możesz być wolna, możesz być sobą. Chcesz iść sama, to idziesz – porzucasz towarzyszy poznanych na drodze, życząc im Buen Camino i możesz to zrobić bez wyrzutu sumienia. Nie myśl o całej drodze, myśl tylko o jednym dniu, tym który właśnie cię czeka. Ciesz się każdym krokiem, mając swój cel za coś, co tak czy inaczej nadejdzie.

Tym sposobem przeszłam 900 km przez 30 dni i były to jedne z najpiękniejszych chwil w mim życiu. Od tej pory staram się żyć
w ten sposób każdego dnia.

Gdy w sierpniu zeszłam ze skał na cyplu Finistera, ukończywszy swoją drogę, zrobiłam to ze świadomością, że mogę i muszę ruszyć
z miejsca swoje życie, które od kilku lat więziło mnie w tym samym wygodnym scenariuszu.

Musze przyznać, że los mocno pomógł mi podjąć tą decyzję i już we wrześniu zdecydowałam się na szalony krok porzucenia regularnej pracy, aby zrealizować marzenie, które nieznośnie zaczęło upominać się o urzeczywistnienie.

Planowałam otworzyć Klubokawiarnię w ciągu dwóch, góra trzech miesięcy, ale rzeczywistość mocno zweryfikowała moje plany
i zajęło mi to całe 11 miesięcy. Mogę szczerze powiedzieć, że tylko pomysł i nazwa powstały bez wysiłku, cała reszta jest wynikiem ogromnego nakładu sił w pokonywaniu trudności.

Dziś mogę powiedzieć, że była to absolutnie szalona i odważna decyzja. Mając jednak szansę podjąć ją po raz drugi, postąpiłam
tak samo. Realizacja „planu Klubokawiarnia TizP” zaczęła się na fali ogromnych sił, jakie przywiozłam ze sobą z mojej wyprawy.
Dzięki tej energii udało mi się to, co normalnie uznałabym za niemożliwe. Nie dokonałam tego jednak sama – udało mi się przede wszystkim dzięki rodzinie i przyjaciołom, którzy byli obok mnie i wspierali mnie w każdym momencie walki o moje marzenie.